Ja chciałam skupić się na czymś innym. W przedmowie RF Kuang zamyka usta krytykom – wszak pisze historię alternatywną, ale tłumaczy się tylko ze zmian w stosunku do Anglii. Tymczasem…


Kontakty cudzoziemców i Chińczyków w Kantonie faktycznie ograniczano do minimum (handlu). Zamorscy kupcy mogli przebywać tylko na terenie faktorii na nabrzeżu. Nie mogli udawać się do miasta ani odbywać wycieczek w jego okolicach. Nawet jeśli pozwolono im wybrać się w najbliższa okolicę – to wiązało się to z surowymi ograniczeniami. Pod koniec lata wszyscy kupcy musieli odpłynąć na zimę do Makao. Do Kantonu nie wolno było przybyć żadnej cudzoziemce.

Kiedy profesor Lovell na początku powieści idzie po Robina – szczęśliwie dla niego trwa zaraza i nikt go nie widzi. Nie mogę się jednak pozbyć uczucia, że to pójście na łatwiznę. A to dopiero początek.

Fabuła wymaga, by Robin znał angielski. Ma więc angielską służącą, która „Językiem kantońskim posługiwała się znośnie, na tyle sprawnie, iż bez kłopotu samodzielnie poruszała się po mieście [...]”. Dalej jednak autorka podaje dwa przykłady, które potwierdzają to, co napisałam wyżej (jeden z armatą, a na statku do Anglii płynie misjonarka, przyłapana na próbie przeniknięcia do miasta). To wszystko Kuang kwituje zdaniem: „Chińczycy traktują swoje prawa bardzo poważnie”. Przy tej samej okazji wspomina, że cudzoziemcy korzystają z miejscowej służby. Tu też istniał zakaz, ale na ogół go nie przestrzegano, więc się nie czepiam.

W kantonie Robin wychodzi poza teren faktorii, bo ma chińską twarz Na pewno jednak nie ma fryzury. W czasach dynastii Qing wszystkich Chińczyków obowiązywał nakaz noszenia mandżurskiego warkocza, inaczej groziła kara śmierci ( w dodatku emigracja,a nawet podróż na cudzoziemskim statku uznawano za przestępstwo). Ale Robin musi zobaczyć, że na miejscu jego domu stoi palarnia opium, więc jego i Ramiego nawet nikt nie zaczepia.

Kiedy wymaga tego imperatyw fabularny, zakazy przestają istnieć albo bohaterowie mają

Komentarze